18.3.05
W delegacji
W ciągu ostatnich kilku dni więcej czasu spędziłem latając do zimnych i odległych miejsc, niż we własnym łóżku: w zeszły czwartek dupsko wymarzło mi w Montrealu, w poniedziałek w Toronto, a wczoraj i przedwczoraj w Seattle. Zimno, ciemno i do domu daleko - podróże służbowe są jeszcze jedną manifestacją entropii, zarówno w sensie fizycznym, jak i duchowym. Redukują odwiedzane miasta do lotniska, taksówki, hotelu i biura, zacierając lokalne różnice. Większość portów lotniczych oferuje takie samo podłe żarcie, tak samo brudne kible i tak samo zdezorientowane stada podróżnych, którzy snują się po barach szybkiej obsługi i koczują po kątach, czytając szmirowate książki z krzykliwymi okładkami.
Podróżni to osobne plemię, szczególna sekta, w której odwrotnie niż w większości religii celem jest transcendencja fizyczna, a nie duchowa. Za osiągnięcie tego celu płaci się specyficznym rodzajem ascezy, na którą składają się brak snu, ból żołądka, strach przed katastrofą, i wory pod oczami. Pozostałe elementy są takie jak w innych religiach: przynależność do grupy, bierna podmiotowość, pewni siebie kapłani i wypatrywanie znaków na niebie. Najgorsze są rytuały inicjacyjne: pozbawieni butów i paska od spodni poddawani jesteśmy poniżającym kontrolom, obmacywani przez mundurowych w gumowych rękawicach, przepytywani i katalogowani. Brudy naszych bagaży prześwietlane są z kliniczną precyzją, wertowane, kwestionowane, przewracane, i upychane na powrót w trzewiach waliz. Do samolotu wpuszcza się nas według klas, jak 100 lat temu na transatlantyk: najpierw biznes i pierwsza klasa, na owłosionych łapskach rolexy, na palcach sygnety, w ustach uśmiech z katalogu, robota za 50 tysięcy - dentysta też chce Ferrari, a jak. Na końcu biedaki z tobołami, czyli klasa robotnicza. Ale w sumie biedakami jesteśmy wszyscy, tak samo potulnymi, apatycznymi i zrezygnowanymi. Wsiadamy do samolotu i poddajemy się aktowi zbiorowego gwałtu, perwersyjnego ubezwłasnowolnienia, zamknięci w metalowej rurze 10 kilometrów nad ziemią wdychając pierdy sąsiadów i dziękując w duchu, że nie jest to swąd palonej izolacji. Ciasno upakowani w łonie samolotu, cofamy się do dzieciństwa: trącając się łokciami, zajadamy miniaturowe posiłki z plastikowych foremek używając plastikowych sztućców, żeby jedno drugiemu nie zrobiło kuku. To oczywiście na lotach międzykontynentalnch, bo krótsze loty to głodówka przerywana festiwalem precelków i orzeszków (ziemnych - memento mori!) w maleńkich paczuszkach, które otworzyć da się tylko zębami. Do tego woda podawana w plastikowych naparstkach i napoje w puszkach dziecinnych rozmiarów, nie wspominając o alkoholowych miniaturkach. Podają nam to wszystko najczęściej panie o uśmiechu przedszkolanki (trafiają się też panowie) traktujące pasażerów z rodzicielskim politowaniem.
Za ten cały infantylizm trzeba oczywiście słono zapłacić. Ale cóż, taka jest cena za gwałt na naturze, za poruszanie się w przestworzach z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę.
Wróciłem cały i zdrowy. Nikt mnie nie odurzył eterem, nie okradł, nie pobił, ani nawet mi nie naubliżał, jak to by się mogło stać w pospiesznym czy osobowym na trasie Przemyśl-Wrocław. Jak się tak zastanowić, to nawet od dawna już nikt na mnie nie narzygał w podróży. Dobra nasza - nie kuśmy losu - w przyszłym tygodniu znowu gdzieś lecę.
Bart, 13:01 Komentarze (0)
Komentarze (0)
Archiwum
styczeń 2005
luty 2005
marzec 2005
kwiecień 2005
czerwiec 2005
październik 2005
listopad 2005
styczeń 2006
luty 2006
czerwiec 2006
wrzesień 2006
styczeń 2007
czerwiec 2007